czwartek, 4 listopada 2010

o władzy… ciąg dalszy

Przeczytałem w porannych wiadomościach ciekawą rzecz. Mianowicie prezydent Poznania, wydal zgodę na mecz Lecha z jakimś Leeds, czy Manchester… (A co jakby nie wydał tej zgody, albo wręcz wydał zakaz?) Dalej jest opis jakie to ryzyko, bo to i tamto. Mecz nie jest organizowany przez urząd miasta tylko w ramach piłkarskiej ligi europejskiej. Zaniepokoiła mnie ta wiadomość. Nagle w mojej głowie zaczęło mrugać czerwone światełko. Ciekaw jestem jak daleko może sięgać władza urzędników miejskich czy państwowych. Czy na przykład za tydzień nie będę musiał pisać podania do prezydenta o zgodę na wyjście z psem na spacer. To też niebezpieczne. Może akurat jakiś chuligan zechce mnie napaść w parku, a miasto ma za mało policji, żeby ten park obstawić. Najłatwiej zakazać. Ciekaw jestem w którym momencie zrozumiemy, że to tylko brak naszej reakcji doprowadza do tych orwellowskich absurdów. Z całym szacunkiem dla pana Grobelnego, ale jeśli czuje zagrożenie, nie musi iść na ten mecz. Jeśli troszczy się o obywateli, niech opublikuje sensowne wyjaśnienie jakim ryzykiem grozi pójście na stadion. Jeśli ryzyko rzeczywiście jest, to Lech Poznań, ponosi odpowiedzialność za bezpieczeństwo kibiców. (Tu odsyłam do preambuły Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, a zwłaszcza o zasadzie pomocniczości, o której mowa niżej) Zresztą z tego co wiem, już przedsięwziął odpowiednie kroki, bo ma na tym meczu być dodatkowych stu porządkowych i zabezpieczono dodatkowe drogi ewakuacyjne ze stadionu. Policja zresztą też tam będzie jakby co. Nie dajmy się zwariować. Państwo jako instytucja (nie piszę o jakimś konkretnym państwie – problem jest uniwersalny) rości sobie coraz większe pretensje do ingerowania we wszystko.

Jesteśmy pod stałym nadzorem milionów kamer, każdy nasz krok jest monitorowany, komórka wysyła sygnały gdzie jestem, biorąc pieniądze z bankomatu pozostawiam za sobą kolejny ślad. Dzieci odbiera się rodzinom, bo państwo wie lepiej jak je wychowywać (najlepiej w zamkniętych ośrodkach, pod stałym nadzorem). Wystarczy, że nauczyciel w szkole zauważy siniaka na ciele ucznia, a już kurator wszczyna śledztwo czy przypadkiem dziecko nie jest w domu maltretowane. A jeśli nie (a to pech!), to i tak stawia się rodziców przed sądem za niedopilnowanie w czasie zabawy na huśtawce (wystarczający powód by odebrać dziecko rodzicom? Nie śmiejcie się, zapewniam was, że jeśli nie dziś, to za moment - tak).

I have a dream (lubię tę kwestię wypowiedzianą przez Martina Luthera Kinga w 1963 roku i chyba w pięćdziesiątą rocznicę tego wydarzenia powrócę szerzej do sprawy) that one day this nation will rise up and live out the true meaning of its creed: "We hold these truths to be self-evident: that all men are created equal.”

Niestety równość, o której mówi King, nie porusza sprawy wolności. Zresztą sama wolność nie jest pojęciem definiowalnym (albo inaczej – zbyt wiele ma definicji i nie będę się wdawał w filozoficzne rozważania, nie teraz przynajmniej). Możemy być równi, ale nad nami stoi prawo. A samo prawo jest pojęciem trudnym do zdefiniowania ze względu na wieloznaczność pojmowania. Czym zatem jest nasza wolność? Chwilowym kaprysem władzy? Czym jest prawo, skoro „władza” może je bezkarnie gwałcić pod płaszczykiem wyższej konieczności?

Ja mam inne marzenie niż King. Marzy mi się świadomy naród. Rzecz nie do osiągnięcia dopóki istnieje jakakolwiek władza, marzenie utopijne, bo władza nie dopuści nigdy do pełnej świadomości swych poddanych. Świadomie używam słowa „poddanych”. Sama preambuła Konstytucji mnie w tym utwierdza. Czytam w niej, że „…my Naród Polski (…) ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym oraz na zasadzie pomocniczości (raczej użyłbym słowa – subsydiarności, bo bez słownika można pomylić pomocniczość z niesieniem pomocy, a ma znaczenie niemal wprost przeciwne) umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot…”.

Po pierwsze, nie przypominam sobie abym cokolwiek ustanawiał, a jestem pełnoprawnym członkiem tego narodu. Po drugie bardzo mnie w tym postanowieniu niepokoją słowa „współdziałaniu władz”. A więc jednak jest władza, ba! są liczne władze (czy nie byłoby lepiej użyć określenia „ administracja” i pozbawić tych co się pną po szczeblach kariery politycznej, wszelkich złudzeń o ich wyższości, już na wstępie, zanim się tam dopną?). A w czym mają współdziałać? Dalej jest coś mgliście o „zachowaniu przyrodzonej godności człowieka, jego prawa do wolności”, a więc dwa słowa trudne do zdefiniowania, prawo i wolność, w rzędzie – celowy mętlik, szczytne hasła bez jednoznacznego znaczenia? Konstytucja powinna być jednoznaczna i łatwa do zrozumienia - a tuż za tym „i obowiązku solidarności z innymi”… (jakimi innymi????) Panowie kibice! Jak już tam będziecie na tym stadionie i wasi koledzy rozpoczną burdę, to pamiętajcie do czego was zobowiązuje konstytucja. To był żałosny żart – przepraszam. No ale z drugiej strony, jakiś dobry prawnik mógłby uzasadnić uczestnictwo w bijatyce powołując się na konstytucję.

Może ktoś powiedzieć, że to ja tę władzę wybrałem w demokratycznych wyborach, a zatem morda w kubeł, przepraszam za kolokwializm, ale ten typ tak ma. Otóż błąd! Nie wybierałem. Nie brałem udziału w wyborach. Powiem więcej było nas kilkanaście milionów. Dlaczego nie wybierałem? Nie wybierałem, bo nie chcę władzy. Ani tej, ani tamtej, ani jakiejkolwiek.

Moim marzeniem jest naród na tyle świadomy, aby frekwencja w następnych wyborach wyniosła 0%. Tym samym zakończylibyśmy rację bytu partii politycznych i odzyskalibyśmy wolność.

Znowu utopia. Czołgi wyszłyby na ulice. Tusk powołałby się na istniejący stan wyższej konieczności. Już ma to przećwiczone.

0 - napisz coś:

Prześlij komentarz