Kim stracił pracę, ma horrendalne długi, żona go opuściła… co jeszcze złego może się wydarzyć? Nasz bohater nie czeka na tę odpowiedź i postanawia skończyć swe życie w rzece Han. Niestety i to mu nie wychodzi, bo budzi się nazajutrz w jednym bucie, ściekający szlamem na bezludnej wyspie. Jak na ironię, wyspa ta jest w wielkim mieście na środku rzeki. Kim po obu brzegach widzi wieżowce i tętniącą życiem metropolię. Nad sobą ma gigantyczny most łączący oba brzegi, którym codziennie setki tysięcy ludzi śpieszy do pracy i z powrotem. Rozpaczliwe krzyki i machanie do przepływających statków nic nie dają poza przyjaznym machaniem z drugiej strony. Telefon komórkowy siada. Na resztkach baterii Kim zostaje potraktowany jak czubek przez służby ratunkowe, a była żona z typową dla kobiet satysfakcją odrzuca jego rozpaczliwe wołanie o pomoc słowami – a przecież umawialiśmy się, że nie będziemy do siebie więcej dzwonić. Nasz bohater uczy się polować na dzikie ptactwo i łowić ryby, ale i to mu nie wychodzi. Znajduje na wyspie podejrzane grzyby – Co mi tam… i tak chciałem ze sobą skończyć, mogę od tego umrzeć równie dobrze.
Tymczasem w jednym z tych wieżowców na brzegu rzeki mieszka Kim, piękna dziewczyna kryjąca szpetne oparzenie na czole pod czarnymi włosami. Zbieżność imion być może niesie jakieś dodatkowe treści, to zagadka dla lingwistów, nas natomiast interesuje zbieżność sytuacji. Kim niczym rozbitek na księżycu w całkowitej samotności walczy o byt na swojej wyspie, Kim w samotności z wyboru unika ludzi w czterech ścianach swego pokoju, od lat nie opuszczając go. Ma łączność ze światem jedynie poprzez anonimowe portale społecznościowe, a z matką esemesem. Jedyną jej rozrywką jest fotografowanie nocą księżyca przez teleobiektyw. Dwa razy w roku odważa się odsłonić okno w dzień. Dwa razy w roku bowiem Południowi Koreańczycy mają próbny alarm lotniczy i ćwiczą krycie się przed złymi Koreańczykami z Północy. Świat w te dwa dni w roku staje się przyjazny dla Kim, bo przypomina wyludniony księżyc. Błądząc obiektywem po pustym mieście Kim trafia w kadrze swego wizjera na wielki napis „HELP” wyryty kijem na piasku wyspy naprzeciw swego okna. Przerażona tym odkryciem chowa się jeszcze głębiej w swej samotni. Po jakimś czasie jednak, kiedy znowu nocą fotografuje księżyc, mimochodem kieruje aparat fotograficzny na wyspę…
Tak zaczyna się film… a właściwie opowiedziałem już sporą jego część. Nie zdradzę niczego więcej. Jest to piękna, wzruszająca komedia, irytująca być może groteskowym początkiem, ale w dalszym biegu wydarzeń całkowicie usprawiedliwionym. Jest to film o samotności i nadziei, lęku i odwadze, determinacji i zmianach jakie w nas zachodzą czasem wbrew naszej woli. Jeśli dodam do tego mistrzowskie prowadzenie kamery, niezłe role bohaterów, kilka przezabawnych sytuacji (rozpaczliwa walka o ogień poprzez tarcie patykiem o kłodę w mej prywatnej liście najzabawniejszych momentów kinowych wyprzedziła rzutem na taśmę scenę z Sideways, w której Miles pije swoje ukochane i chowane na szczególną okazję wino w Burger Kingu z plastikowego kubka, nalewając je po kryjomu pod stołem) ale i dla równowagi odpowiednią dozę dramatu, świetną muzykę i reżyserię, mamy obraz godny polecenia z czystym sumieniem. Mało znam kino koreańskie, ale muszę przyznać ten film zdecydowanie mnie zachęcił do poznania go głębiej. Nie wiem, kiedy będzie go można obejrzeć w Polsce ani pod jakim tytułem się pojawi, ale na pewno go skojarzycie po tym krótkim opisie.

0 - napisz coś:
Prześlij komentarz