niedziela, 1 maja 2011

Zmarł Ernesto Sabato

Tunel, to jedna z piękniejszych książek, jakie czytałem...

czwartek, 20 stycznia 2011

Rossijskaja Gazieta

Российская газета

Rossijskaja Gazieta wykluczyła odpowiedzialność kontrolerów ze Smoleńska… Tak się czasem zastanawiam po co są sądy, komisje sejmowe, międzynarodowe ekipy dochodzeniowe, skoro wystarczy przeczytać Gazietę, niekoniecznie Rossijskają i nie tylko w sprawie tragedii smoleńskiej. Tam mają takich mądrych ludzi. Potrafią wydać wyrok w każdej sprawie w ciągu kilku minut. Właściwie wystarczy też telewizja czy radio. Dziennikarze (i politycy) po prostu wiedzą. Rodzą się chyba z tym darem. Zazdroszczę. Też bym tak chciał. Ciekaw jestem czy istnieje jakiś periodyk, który przekazuje fakty bez komentowania ich i wysilania się na interpretację. Jeśli ktoś zna takie źródło, bardzo proszę o poinformowanie mnie o tym. Zacznę z niego korzystać.

Aha, wracając do kwestii kontrolerów ze Smoleńska. Rozmawiałem wczoraj z elektrykiem, który przyszedł sprawdzić czy działa mi taki wyłącznik w skrzynce z korkami. Jakoś tak mądrze go nazwał — różnicowoprądowy — zdaje się. Wyłącznik działa. Prąd mnie nie zabije. Przynajmniej nie w moim mieszkaniu. Natomiast pan Kazio, podzielił się ze mną swoją wiedzą z innych dziedzin i twierdzi, że cała odpowiedzialność ciąży na tych właśnie kontrolerach. No to mam teraz problem. Komu wierzyć!? Elektryk Pan Kazio wyglądał wiarygodnie, miał przyrządy…

czwartek, 13 stycznia 2011

bilet z Krakowa

bilety

Masz jakiś zużyty bilet z Krakowa?

Takie pytanie zadał mi kilka tygodni temu przyjaciel w Warszawie. Miałem akurat. Trochę zdziwiony wyjąłem go z portfela. Wyglądał niemal identycznie jak ten po lewej. Okazało się, że znajomy mojego przyjaciela kolekcjonuje bilety. Wtedy po prostu przyjąłem to do wiadomości bez głębszego zastanowienia. Teraz po tych kilku tygodniach, zacząłem mu zazdrościć. Ciekawe hobby. Nie zbierałem znaczków jako siedmiolatek, nie kolekcjonowałem monet, nie mordowałem motyli by je przyszpilić. Właściwie, to chyba niczego w życiu nie zbierałam, poza krótkim okresem, kiedy wpadł mi do głowy pomysł kolekcjonowania kostek do gry. Kilka Jeszce gdzieś mam…

Niedawno był w TV reportaż o gościu, co ma hopla na punkcie biletów wstępu na mecze piłkarskie. Niesamowita kolekcja! Każdy bilet ma swoją historię, każdy z innej epoki: od prostego wydruku, przypominającego raczej przybitą pieczątkę na świstku papieru, do elektronicznie zabezpieczonej karty wstępu z jakiegoś meczu z Wysp.

Zbieranie czegokolwiek wymaga czasu i determinacji. Nie wolno nagle przerwać czy zmienić zdania i przerzucić się z misiów pluszowych na butelki po piwie. Każda kolekcja ma sens dopiero po kilkudziesięciu latach żmudnego zbieractwa. Rzecz w tym, że nie mamy w sobie tyle motywacji by cokolwiek zbierać. Z jednej strony podziwiam takich ludzi (nie wiem czemu, ale przeważnie są to panowie) jak tego od biletów czy jeszcze bardziej pewnego kolekcjonera starych aparatów radiowych z krakowskiego Podgórza, a konkretnie z ulicy bodaj Długosza czy jakieś innej w bok od Kalwaryjskiej (Wpadłem tam kiedyś przypadkiem szwendając się po bramach i podwórkach (przepraszam  — podworcach) w celu znalezienia ciekawego motywu do sfotografowania. Znalazłem tymczasem komis z wszystkim po trochu, a zwłaszcza z radiami. Niektóre są na sprzedaż, ale jest też biegnąca dookoła lokalu półka gdzieś pod sufitem, na której stoją ukochane egzemplarze nie do sprzedania za żadną ceną. Wystarczy się zainteresować a już czeka nas dwugodzinny wykład nie tylko na temat konkretnych egzemplarzy, ale też historii polskiego radia. Właściwie, to wybieram się tam ponownie, ale chcę nagrać co ten pan ma do powiedzenia. Może fragment filmu czy choćby kilka fotografii tu zamieszczę.), z drugiej zaś, zastanawiam się czy nie jest to z ich strony jakaś rekompensata czegoś istotnego, co przeszło obok i tylko znaczki im pozostały.

Tymczasem rozejrzałem się po półkach i szufladach, i znalazłem 9 biletów komunikacyjnych. Tyle ich mam w domu po ponad pięćdziesięciu latach podróżowania. Wszystkie pokazuję powyżej. Nawet te kilka sztuk tworzy ciekawą kolekcję, choć całkowicie przypadkową i niezamierzoną. Mamy tam piękny bilet krakowski (oczywiście mam do niego zastrzeżenia, ale w kontekście tych konkretnych wyróżnia się in plus). Na drugim miejscu bym postawił poznański, a zaraz za nim bądź ex aequo, wiedeński. Paryski natomiast budzi mieszane uczucia: jest albo genialnie prosty, bądź niechlujny w stopniu kompletnego olania pasażera. Podoba mi się. Podoba mi się pomysł i arogancka prostota. Ma wszystko co bilet powinien mieć - pasek magnetyczny i kilka słów, a raczej znaków na temat do czego służy. Kupuje się go, jedzie, wyrzuca do kosza. Cała kwintesencja biletu. A nawet ma jedną dodatkową cechę wskazującą na jednorazowy charakter — blednie. Jest drukowany tak jak rachunki sklepowe, jeśli się nie zrobi kserokopii, po roku zapomnij o reklamacjach. Być może powinienem mu dać pierwsze miejsce. Niech więc pozostanie gwiazdą specjalną poza konkursem. Ostatnie miejsce bez wątpliwości należy się nowojorskiej karcie na metro. Tu ciekawostka “metro” w nazwie nie dotyczy metra, bo u nich to “subway”, nie mylić z brytyjskimi przejściami podziemnymi, a miasta od greckiego μητρόπολις. Tak czy inaczej gniot do potęgi. Ominąłem bilet kolejowy, bo jest oczywisty i taki jak bilet paryski: funkcjonalny, ale bez tej nadsekwańskiej fantazji. A warszawski, lub raczej dwa, które pokazałem, dobowy i jednoprzejazdowy, są poprawne i nudne.

piątek, 7 stycznia 2011

ranny łabędź

autor filmu: Cezary Barszcz © 2011

Przyjechałem do Warszawy i wybrałem się na spacer nad Wisłę. Ta sama Wisła co w Krakowie jednak zupełnie inna. Tam brzegi są uregulowane i frontem do miasta, tu rzeka zdaje się być obca i niechciana – zło konieczne. Chaszcze po obu brzegach, brak kontaktu z miastem. Kilka kilometrów bulwarów, ale jeszcze za Starzyńskiego zbudowane, a potem długa cisza lub niewielkie zmiany…

Dzisiejszy spacer miał mnie odprężyć, naładować energią do dalszego działania. Pogoda piękna, temperatura rozsądna, nic tylko spacerować i robić zdjęcia. Kilka zrobiłem. Miałem zamiar je dzisiaj pokazać, ale natknąłem się też i na smutny widok. Martwy łabędź na brzegu i drugi ranny. Martwego nie filmowałem, ani nawet zdjęć mu nie robiłem. Nie mam w sobie żyłki paparazzi. Ten ranny jednak, obudził we mnie pewne nadzieje – zakrwawiony a jednak pełen energii - czyszczący rany. Gdyby to był pies powiedziałbym - oblizujący je.

Starsza pani wezwała straż miejską. Przyjechał “patrol eko”. Pierwszy raz taką taką służbę widziałem. Dość sympatycznie wyglądający pan strażnik podszedł do martwego ptaka, obejrzał go i zadzwonił do centrali - Potwierdzam zgłoszenie: martwy łabądź (sic!) na brzegu i drugi ranny przy brzegu. Wystarczy ktoś w kaloszach… - Chwilę porozmawiał, poszedł do wozu spisać protokół. Dwóch innych panów ze straży przyszło się pogapić i odjechali.

Postałem tam jeszcze kilkanaście minut i nakręciłem ten krótki film. Była może godzina 14:00.

Zastanawiam się czy dobrze zrobiłem odchodząc. Może należało zostać i poczekać… A gdyby nikt nie przyjechał? Ile waży taki taki ptak? 20-30 kilogramów…? Mogłem go wziąć do domu i opatrzyć... Wtedy pełen optymizmu i wiary w ludzi wierzyłem, że ktoś z weterynarii przyjdzie przed zmrokiem. Zwłaszcza po obejrzeniu wczorajszych relacji z akcji ratowania jelonka na Bałtyku. Teraz mam wątpliwości…

wtorek, 4 stycznia 2011

w samych sandałach za chłodno…

Wawel

W Krakowie mroźno. Zresztą jak w całym kraju…

Niedawno rozmawiałem ze znajomą z Egiptu, która mi opowiadała, że będzie chyba musiała sobie kupić skarpetki, bo w samych sandałach jej za chłodno tej zimy. Jeśli o mnie chodzi, to skarpetki już mam – grube, wełniane i wysokie buty z kożuszkiem w środku, na solidnej podeszwie z dodatkową wkładką pod stopą. Nie wspomnę już o futrzanej czapce, a zdarza się, że naciągam na nią kaptur ocieplanej kurtki. Pod kurtką polar, pod polarem sweter, pod nim koszula sztruksowa, a jeszcze bliżej ciała podkoszulka z długim rękawem… No, ale coś za coś. Im Internet często siada.

Matt Kowalski opowiadał wczoraj w Trójce o didżejach, defałdżejach i mejnstrimowych dużych lejblach. Chyba wolę egipski. Przynajmniej nic mnie w nim nie bulwersuje, bo i tak nie spodziewam się niczego zrozumieć. No i te skarpetki na zimę, bo w samych sandałach za chłodno…

Małysz tymczasem modlił się do Boga, przed dzisiejszym konkursem, żeby dał mu spokój. Potem się roześmiał zamieszany i poprawił – miałem na myśli, żeby dał mi spokój ducha przed skokami. Czasem można mówić czystą polszczyzną, a i tak wynikną z tego nieporozumienia.

Może lepiej nic nie mówić… Nie trzeba się będzie później irytować bełkotem pseudoangielskim (jeśli już, to diwidżeje, a nie defał…) ani tłumaczyć w zażenowaniu, że Bóg jest ok. No i te skarpetki na zimę, bo w samych sandałach za chłodno…

poniedziałek, 15 listopada 2010

za głupi jesteśmy

dymekNie tak dawno pisałem o polityce i jak bardzo ingeruje w nasze życie. Kolejny kwiatek do kolekcji, to zakaz palenia. Znowu jacyś nadgorliwcy przeforsowali zmianę w prawie. Nie wyobrażam sobie pubu bez papierosa. Nie muszę zresztą, bo nadal będzie się w nich palić. Zmienią status prawny na klub palacza i zostanie po staremu. Ci co nie lubią dymku z papierosa, nie muszą tam wchodzić, tak jak to czynili do tej pory. Jak się z kimś umawiałem na wieczór, a mam wśród przyjaciół, osoby niepalące, nie musiałem wybierać pubu, mogłem wybrać setki innych miejsc, gdzie się nie pali. Zresztą podejrzewam, że i pub dla niepalących też by się znalazł, jakby się ktoś zawziął, choć to wbrew naturze.

Po co zatem ten przepis? Kolejny mały kroczek do całkowitego ubezwłasnowolnia. Jeszcze jeden, malutki… potem kolejny i kolejny, i jeszcze kolejny, a potem sto innych maleńkich kroczków i zanim się obejrzymy, nic nam nie będzie wolno. Zdaniem “władzy” za głupi jesteśmy by o sobie decydować. Na każdym kroku daje nam tego dowód, a my nie dość, że ją tolerujemy, to za kilka dni wybierzemy nową, która już rączki zaciera na samą myśl o tym, czego nam zabronić.

wtorek, 9 listopada 2010

dziwny jest ten świat

Dziwny jest ten świat… i nie mam na myśli piosenki Niemena (choć bardzo ją lubię). Myślałem raczej o świecie internetowym. Ja tu sobie stukam w klawisze w Krakowie czy w Warszawie, a “J.”, nie mam pojęcia skąd, ani kto to jest… (znaczy, trochę  wiem, bo zajrzałem na jej blog i przeczytałem ze trzy czy cztery wpisy - wrócę do nich w czwartek i będę wiedział więcej) pozdrawia czytelnika mojego bloga z Saint Hiacynthe w Quebec, w komentarzach do poprzedniego mojego wpisu.
Quebec znam. Byłem tam kilkakroć. Doleciałem samolotem, dojechałem autobusem, przypłynąłem transatlantykiem (czytaliście Mowata, Zwariowaną łódź albo może to była Zaczarowana łódź? - minęliśmy się gdzieś po drodze na Rzece Świętego Wawrzyńca)… chyba tylko nie doszedłem tam pieszo. Zapadł mi w pamięci jeden taksówkarz w Montrealu. Kompletnie odjechana historia - jakbym film o tym zrobił, albo opisał w noweli, to by ludzie uznali za zbyt naciągane, a zdarzyło się naprawdę. Jestem na lotnisku, podjeżdża taksówka, no to ja grzecznie - Could you take me to the hotel Champ-de-Mars, please? – No może nie aż tak grzecznie, ale w każdym bądź razie po angielsku i w odpowiedzi usłyszałem – Pier… się jeb… amerykanie, mów do mnie po francusku! - Nie znam francuskiego, może powiedział co innego, ale minę miał i melodię głosu, jakby właśnie to powiedział. Nie miałem zamiaru dać za wygraną i odpowiedziałem mu, w afekcie (!) (każdy sąd by mnie uniewinnił) bardzo szpetnie po polsku (nie zacytuję, bo się wstydzę, że aż tak szpetnie) i tu szok… uśmiechnął się i czystą polszczyzną odpowiedział – My po prostu nie lubimy Amerykanów i dlatego udajemy, że nie znamy angielskiego, trzeba było od razu mówić, że pan Polak. Do hotelu dojechałem bez problemów…
Ale dlaczego ja w ogóle o tym… aha!
Nie wiem kim jest “J.”, nie wiem gdzie dokładnie leży Saint Hiacynthe, ale byłem czy bywam gdzieś w pobliżu jednej i drugiej strony tego pozdrowienia (nie nazwę tego dialogiem, bo na razie mono-) za pośrednictwem mojego bloga i obie strony są mi kompletnie obce. Czy na pewno? Może tym taksówkarzem (albo prezesem firmy, w której gościłem) był właśnie ten pozdrawiany, a pozdrawiająca może być moją sąsiadką, z którą codziennie spotykam się w windzie…

piątek, 5 listopada 2010

odrobina statystyki

  • 18 632 odsłon
  • powracających czytelników 46,93% (zwłaszcza ci powracający cieszą)
  • połowa ludzi zajrzała tu tylko raz, ale od stu do dwustu razy zajrzało 497 osób (to bardzo cieszy - mam 497 wiernych czytelników. ja nawet nie znam tyle osób, a myślałem, że ci stali, to będą najbliżsi znajomi i przyjaciele...)
  • dalej jest dość ciekawa statystyka: ukazuje godziny odwiedzania mojej strony. najwięcej osób zagląda tu o 21:00. pokażę ją, żeby choć jeden obrazek się znalazł w tym nudnym tekście

Untitled-1

  • przeważnie ludzie trafiają tu przez wyszukiwarki lub witryny odsyłające, ale aż 2 100 osób trafia tu bezpośrednio
  • z Polski najwięcej odwiedzin mam z Warszawy, bo aż 5 602, ale Kraków na drugim miejscu 876, a dalej kolejno: Poznań, Łódź, Katowice, Wrocław, Bydgoszcz, Gdańsk, czego się można było spodziewać, ale wysoka pozycja Komorników (gdzie są Komorniki?), to miła niespodzianka. łącznie 516 miejscowości
  • jeśli chodzi o kraje to Polska na pierwszym miejscu 51,58%, dalej 63 pozycje, a w czołówce USA, UK, Belgia, Hiszpania, Niemcy, Francja, Finlandia, a od końca: Iran, Trinidad i Tobago, Urugwaj, Zimbabwe, Kostaryka, Bangladesz. najbardziej cieszy mnie Portugalia na 21 miejscu
  • W USA aż 27 stanów
  • i tak dalej… tych statystyk są tu setki: jaki system operacyjny, jaka przeglądarka, ile kolorów, jaki język, czas spędzony w witrynie, hasła po jakich ludzie tu trafiają, rozdzielczość ekranu… połowy z nich nie rozumiem, a reszty mi się nawet nie chce przeglądać, bo sama nazwa zniechęca – na przykład: „obsługa języka Jawa” czy „nazwy hostów”…

Nie będę zanudzał. Miłego dnia życzę wszystkim, a zwłaszcza tym w Komornikach. Puszczam oczko

czwartek, 4 listopada 2010

o władzy… ciąg dalszy

Przeczytałem w porannych wiadomościach ciekawą rzecz. Mianowicie prezydent Poznania, wydal zgodę na mecz Lecha z jakimś Leeds, czy Manchester… (A co jakby nie wydał tej zgody, albo wręcz wydał zakaz?) Dalej jest opis jakie to ryzyko, bo to i tamto. Mecz nie jest organizowany przez urząd miasta tylko w ramach piłkarskiej ligi europejskiej. Zaniepokoiła mnie ta wiadomość. Nagle w mojej głowie zaczęło mrugać czerwone światełko. Ciekaw jestem jak daleko może sięgać władza urzędników miejskich czy państwowych. Czy na przykład za tydzień nie będę musiał pisać podania do prezydenta o zgodę na wyjście z psem na spacer. To też niebezpieczne. Może akurat jakiś chuligan zechce mnie napaść w parku, a miasto ma za mało policji, żeby ten park obstawić. Najłatwiej zakazać. Ciekaw jestem w którym momencie zrozumiemy, że to tylko brak naszej reakcji doprowadza do tych orwellowskich absurdów. Z całym szacunkiem dla pana Grobelnego, ale jeśli czuje zagrożenie, nie musi iść na ten mecz. Jeśli troszczy się o obywateli, niech opublikuje sensowne wyjaśnienie jakim ryzykiem grozi pójście na stadion. Jeśli ryzyko rzeczywiście jest, to Lech Poznań, ponosi odpowiedzialność za bezpieczeństwo kibiców. (Tu odsyłam do preambuły Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, a zwłaszcza o zasadzie pomocniczości, o której mowa niżej) Zresztą z tego co wiem, już przedsięwziął odpowiednie kroki, bo ma na tym meczu być dodatkowych stu porządkowych i zabezpieczono dodatkowe drogi ewakuacyjne ze stadionu. Policja zresztą też tam będzie jakby co. Nie dajmy się zwariować. Państwo jako instytucja (nie piszę o jakimś konkretnym państwie – problem jest uniwersalny) rości sobie coraz większe pretensje do ingerowania we wszystko.

Jesteśmy pod stałym nadzorem milionów kamer, każdy nasz krok jest monitorowany, komórka wysyła sygnały gdzie jestem, biorąc pieniądze z bankomatu pozostawiam za sobą kolejny ślad. Dzieci odbiera się rodzinom, bo państwo wie lepiej jak je wychowywać (najlepiej w zamkniętych ośrodkach, pod stałym nadzorem). Wystarczy, że nauczyciel w szkole zauważy siniaka na ciele ucznia, a już kurator wszczyna śledztwo czy przypadkiem dziecko nie jest w domu maltretowane. A jeśli nie (a to pech!), to i tak stawia się rodziców przed sądem za niedopilnowanie w czasie zabawy na huśtawce (wystarczający powód by odebrać dziecko rodzicom? Nie śmiejcie się, zapewniam was, że jeśli nie dziś, to za moment - tak).

I have a dream (lubię tę kwestię wypowiedzianą przez Martina Luthera Kinga w 1963 roku i chyba w pięćdziesiątą rocznicę tego wydarzenia powrócę szerzej do sprawy) that one day this nation will rise up and live out the true meaning of its creed: "We hold these truths to be self-evident: that all men are created equal.”

Niestety równość, o której mówi King, nie porusza sprawy wolności. Zresztą sama wolność nie jest pojęciem definiowalnym (albo inaczej – zbyt wiele ma definicji i nie będę się wdawał w filozoficzne rozważania, nie teraz przynajmniej). Możemy być równi, ale nad nami stoi prawo. A samo prawo jest pojęciem trudnym do zdefiniowania ze względu na wieloznaczność pojmowania. Czym zatem jest nasza wolność? Chwilowym kaprysem władzy? Czym jest prawo, skoro „władza” może je bezkarnie gwałcić pod płaszczykiem wyższej konieczności?

Ja mam inne marzenie niż King. Marzy mi się świadomy naród. Rzecz nie do osiągnięcia dopóki istnieje jakakolwiek władza, marzenie utopijne, bo władza nie dopuści nigdy do pełnej świadomości swych poddanych. Świadomie używam słowa „poddanych”. Sama preambuła Konstytucji mnie w tym utwierdza. Czytam w niej, że „…my Naród Polski (…) ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym oraz na zasadzie pomocniczości (raczej użyłbym słowa – subsydiarności, bo bez słownika można pomylić pomocniczość z niesieniem pomocy, a ma znaczenie niemal wprost przeciwne) umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot…”.

Po pierwsze, nie przypominam sobie abym cokolwiek ustanawiał, a jestem pełnoprawnym członkiem tego narodu. Po drugie bardzo mnie w tym postanowieniu niepokoją słowa „współdziałaniu władz”. A więc jednak jest władza, ba! są liczne władze (czy nie byłoby lepiej użyć określenia „ administracja” i pozbawić tych co się pną po szczeblach kariery politycznej, wszelkich złudzeń o ich wyższości, już na wstępie, zanim się tam dopną?). A w czym mają współdziałać? Dalej jest coś mgliście o „zachowaniu przyrodzonej godności człowieka, jego prawa do wolności”, a więc dwa słowa trudne do zdefiniowania, prawo i wolność, w rzędzie – celowy mętlik, szczytne hasła bez jednoznacznego znaczenia? Konstytucja powinna być jednoznaczna i łatwa do zrozumienia - a tuż za tym „i obowiązku solidarności z innymi”… (jakimi innymi????) Panowie kibice! Jak już tam będziecie na tym stadionie i wasi koledzy rozpoczną burdę, to pamiętajcie do czego was zobowiązuje konstytucja. To był żałosny żart – przepraszam. No ale z drugiej strony, jakiś dobry prawnik mógłby uzasadnić uczestnictwo w bijatyce powołując się na konstytucję.

Może ktoś powiedzieć, że to ja tę władzę wybrałem w demokratycznych wyborach, a zatem morda w kubeł, przepraszam za kolokwializm, ale ten typ tak ma. Otóż błąd! Nie wybierałem. Nie brałem udziału w wyborach. Powiem więcej było nas kilkanaście milionów. Dlaczego nie wybierałem? Nie wybierałem, bo nie chcę władzy. Ani tej, ani tamtej, ani jakiejkolwiek.

Moim marzeniem jest naród na tyle świadomy, aby frekwencja w następnych wyborach wyniosła 0%. Tym samym zakończylibyśmy rację bytu partii politycznych i odzyskalibyśmy wolność.

Znowu utopia. Czołgi wyszłyby na ulice. Tusk powołałby się na istniejący stan wyższej konieczności. Już ma to przećwiczone.

środa, 3 listopada 2010

fragment książki

- Miałem przyjaciółkę. Wspólny znajomy nas poznał trochę dla żartu. Dał mi jej telefon i powiedział, że chce się ze mną spotkać. Zadzwoniłem. Okazało się, że nie chce i nie ma pojęcia kim jestem. Była oburzona. Nie na mnie, na naszego kolegę. Właściwie na tym powinna się nasza znajomość zakończyć, ale coś miała w głosie… Zdzwoniłem za kilka dni i spytałem czy nie zechciałby się ze mną spotkać mimo wszystko. Nasza znajomość czy przyjaźń trwała wiele lat… Dlaczego ci o tym mówię? bo spytałaś czy zdarzyło mi się kiedyś zawieść przyjaciela. Odpowiedziałem Ci, że nie. Potem asekuracyjnie dodałem, że chyba nie, albo przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo. Nie myślałem wtedy o Oli. Zastanawiałem się nad twoim pytaniem przez następnych kilka dni i nie znalazłem odpowiedzi. To znaczy, nie znalazłem w sobie winy, co nadal mnie nie satysfakcjonowało, bo to nie była odpowiedź na twoje pytanie. Przestałem o tym myśleć.
Maria dotychczas nieruchomo chłonąca promienie, na wznak, obróciła się rytualnie jak ludzie na plaży mają to w zwyczaju, trochę przez poczucie obowiązku, bardziej z nudów i niespodziewanie usiadła, spojrzała dziadkowi w oczy - Mówisz mi o tym, bo po kilku miesiącach… zaraz to już pół roku od tego czasu minęło, znalazłeś?
- Nie wiem.
- Nie wiesz?
- Chciałem ciebie o to zapytać. – Odwrócił się od niej i wzrokiem podążył za parą starszych ludzi. On siedział na wózku inwalidzkim i zdawać by się mogło nie reaguje na żadne sygnały, tępo wpatrując się w nieokreślony punkt bardziej wewnątrz siebie niż na zewnątrz, ona z dużym wysiłkiem pchała wózek po chodniku miejscami zasypanym nawianym z plaży piachem, cały czas mu coś mówiąc, pokazując i tłumacząc.
- Znasz ich? – spytała Maria – To ją zawiodłeś, to Ola?
- Nie – roześmiał się dziadek – on jest bardziej do Oli podobny. Teraz dopiero mi ją przypomniał. Po kilku latach naszej znajomości, nagle zniknęła. Dzwoniłem, ale nikt nie odbierał telefonu. Poszedłem do niej, ale nikogo nie zastałem. Napisałem, ale nikt nie odpowiedział. Ta sytuacja trwała wiele tygodni. Pytałem sąsiadów. Mieszkanie stało puste. Któregoś dnia spotkałem pana w średnim wieku pchającego w parku wózek. Wewnątrz była wpatrująca się w nicość postać. Najpierw minąłem ich obojętnie, ale musiałem zawrócić, coś w tej obcej twarzy wydało mi się znajome. Dałem ręką znać pchającemu, żeby się zatrzymał i niedowierzając własnym oczom ujrzałem w wózku Olę starszą o kilkanaście lat od tej, którą nie tak dawno temu widziałem. Nie słyszała jak do niej mówiłem, nie zareagowała nawet na moją obecność dalej się wpatrując jakiś punkt na niebie.
- Nie ma sensu – odpowiedział jej ojciec (nie znałem go wcześniej) – nie rozpoznaje nawet mnie. Nie reaguje na nic.
Spytałem czy mógłbym czasem przyjść ją odwiedzić, albo w czymś pomóc
- Odwiedzić tak, Pomóc nie potrzeba. Jest pod dobrą opieką.
- Rok czy coś koło tego widywaliśmy się sporadycznie. To znaczy ja ją widywałem. Nie wiem czy ona mnie. Teraz sobie pomyślałem, patrząc na tę parę, jak wiele trzeba miłości czy bo ja wiem… poczucia obowiązku, żeby wytrwać przy człowieku dotkniętym taką chorobą. Gdybym wcześniej się z Aleksandrą związał, to nie jej ojciec, a ja bym ten wózek pchał, ale czy to, że się z nią nie związałem, dało mi prawo, żeby tego nie robić? Nie myślałem o tym nigdy. Teraz dopiero.
Maria nic nie odpowiedziała, przytuliła się do dziadka i milczała. Pierwszy raz się do niego przytuliła. Objął ją ramieniem jak wnuczkę, choć była od jego wnuka młodsza o kilka ładnych lat. Siedzieli tak do zachodu słońca i żadne się nie poruszyło, ani nic nie powiedziało.